Artiom Drabkin; „Ani kroku do tyłu. Wspomnienia żołnierzy walczących w batalionach karnych”; Gdańsk; Wydawnictwo Oskar; 2015 rok; 248 str; 150 x 230 mm; orawa miękka.

Poprawna polityczne historia II wojny światowej głosi, że „wielka wojna ojczyźniana” byłą bohaterską walką narodów Związku Radzieckiego z hitlerowskim okupantem. Gdy jednak odłożymy na bok tę wersję, okazuje się, że tylko w 1941 roku oddziałom Wehrmachtu poddało się 3,3 mln radzieckich żołnierzy. Aby temu zapobiec, Stalin powołał do życia bataliony i kompanie karne, których członkowie zyskiwali „szansę” odkupienia win w boju. Nieprzypadkowo nazywano ich „tymczasowymi” – choć służba w jednostce trwała 3 miesiące, dla wielu szeregowców kończyła tragicznie się na placu bitwy. Do ich historii powrócił po latach rosyjski badacz Artiom Drabkin, a w efekcie powstała książka Ani kroku do tyłu. Wspomnienia żołnierzy walczących w batalionach karnych (Wydawnictwo Oskar). To głos żołnierzy, którzy, nieraz z błahych przyczyn, tracili stopnie i odznaczenia i w jednej chwili stawali się mięsem armatnim, służącym do rozpoznania walką, rozbrajania pól minowych pod ogniem wroga czy przekraczania w pierwszej linii rzek. Mimo czającej się wszędzie śmierci – do końca wojny poległo lub zostało rannych ponad 170 000 żołnierzy tych jednostek – imponowali oni odwagą i dojrzałością . Jak wspomina jeden z nich, „kiedy widzisz, że 12 osób, które znasz, leżą zabici… […] resztki młodzieńczej romantyki od razu wietrzeją, trzeba szybciej dorosnąć, stać się prawdziwym mężczyzną…”.

Artiom Drabkin – rosyjski badacz specjalizujący się w historii wojny niemiecko-radzieckiej. Przez lata zbierał wspomnienia i relacje różnych uczestników walk na froncie wschodnim, m. in. członków batalionów karnych, zwiadowców oraz pancerniaków. Jest autorem wielu książek poświęconych tematyce, m. in.Podwójny żołd. Potrójna śmierć, Przeżył jeden ze stu, Przeciw Panterom i Tygrysom.

Fragment tekstu – W połowie drogi z okopów do bunkra, długo leżał w śniegu padły koń. Kiedy i dlaczego padł, nikt nie wiedział. Spoglądano na niego, jednak obawiano się go tknąć — jeszcze przyczepią jakieś nowe oskarżenie… Ale pewnej nocy ktoś się odważył i do rana z konia pozostały. Na próżno się starano — nawet po dwóch godzinach gotowania stara konina nie nadawała się do jedzenia. […] Raz lub dwa razy w tygodniu w nocy w jednym z plutonów wyschnięty nad otworem paleniska trzcinowy dach zapadał się. Wszyscy błyskawicznie wyskakiwali z okopu i uciekali jak najdalej, ponieważ zaczynała wybuchać pozostawiona pod plecionką amunicja w „cynkach” i race. Feeryczne ognisko, z którego we wszystkie strony rozlatywały się trasujące kolorowe kule, złowieszczo oświetlało wszystko wokół. Niemcy natychmiast zaczynali walić z cekaemu do powstałego w nocy punktu orientacyjnego, tuląc nas i przyciskając do zamarzniętej ziemi. Reszta nocy była byle jaka. Następnego dnia rano przystępowano do odbudowy schronienia